Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie

TEMAT: Depresja

Depresja 2018/05/13 10:06 #1

  • mariusz63
  • mariusz63 Avatar
  • Wylogowany
  • Stały Użytkownik
  • Posty: 848
  • Otrzymane podziękowania: 1532
Akurat artykuł o sportowcach, ale niczym się od nich nie różnimy. Warto przeczytać.

A teraz się zniszczę
Dariusz Faron Redaktor Sport.Onet.pl

Justyna się nienawidziła, więc na każdym kroku dawała bliskim do zrozumienia, że komuś takiemu jak ona nie warto pomagać. Magda, widząc bezradność męża, nie potrafiła znieść myśli, że go krzywdzi. Próbował jej pomóc, jak umiał, ale najczęściej kończyło się kłótnią. Krzyśka po nieudanej próbie samobójczej chcieli odwieźć do zakładu psychiatrycznego w Tworkach. Dopiero później zrozumiał, że warto żyć.

Przychodzi do twojego domu bez zaproszenia i szybko staje się towarzyszką, z którą się nie rozstajesz. Nie pyta cię o zdanie, nie obchodzi jej, jak się czujesz. Po prostu jest, stopniowo zabierając każdy centymetr twojego życia. Nie mówisz o niej nikomu, bo większość już dawno stwierdziła, że akurat ty nie masz prawa do chwili słabości. Poza tym co powiedzieliby inni? Nie masz nic, ale ludzie w to nie uwierzą, bo przecież masz wszystko. Wskażą cię palcem i napiszą na forach, że chętnie zamieniliby się z tobą miejscami, skoro niby tak ci źle.

Tak, lepiej uznać, że nic się nie dzieje. Udawać przed innymi i przede wszystkim przed sobą samym.

Maska spada każdej nocy. Wtedy nie musisz się uśmiechać, zresztą nie masz powodu. Jesteś sam, masz tylko ją. Z kosza wysypują się pudełka po lekach, a z głowy myśli, że znowu przegrałeś. Setny raz otwierasz oczy - przecież i tak nie zaśniesz. Patrz w sufit, nic innego ci nie zostało. Minuta za minutą, godzina za godziną. Rano przykleisz sobie uśmiech na twarz i będziesz cały dzień odpowiadać znajomym okrągłymi zdaniami.

"Tak, wszystko gra, a u ciebie?"

Świta. Słońce świeci, ale nie dla ciebie. Wykończony podnosisz się z łóżka, myśląc, że ona będzie przy tobie już zawsze. A jeśli jakimś cudem z nią wygrasz, nie zostawi cię z pustymi rękami. Na pamiątkę waszej długiej znajomości zostawi ci strach, że któregoś dnia wróci.

Depresja.

Coraz częściej próbuje ściągnąć na dno tych, którzy weszli na sportowy szczyt.
Spójrz na kosz. Tylko jedna chusteczka

Justyna Kowalczyk mówi mi, że człowiek chorujący na depresję przechodzi różne etapy. Ona sama najpierw czuje złość, bo wie, że coś jest nie tak, ale nie potrafi nazwać problemu. Po niej następuje smutek, który przeistacza się w obojętność. Justyna godzinami bezczynnie leży na łóżku. Nie jest w stanie nic zrobić, nawet czytać swojego „Mistrza i Małgorzatę”. Chaos w jej głowie, niczym Woland z ulubionej powieści Bułhakowa, pojawia się i znika w najmniej spodziewanej chwili.

- Pamiętam swoje 30. urodziny, kiedy z nerwów zwymiotowałam. To był pierwszy moment, w którym uświadomiłam sobie, że sprawa jest bardzo poważna. Pół roku wcześniej przestałam spać, już wtedy byłam na mocnych lekach. Nie pomagały. Trzęsłam się po nich, momentami doprowadzały mnie do utraty świadomości, najczęściej zaś do stanu obojętności. Chciałam czuć, a pojawiała się pustka. I kolejny moment – skierowanie do szpitala. Wiesz, że coś nie tak, ale całkiem co innego, gdy dostajesz to na papierze. Przeżyłam szok – opowiada.

Kasina Wielka. Za dnia Justyna nie chce wychodzić z domu, a nocami słychać płacz, więc rodzina szybko zdaje sobie sprawę, że musi interweniować. Bliscy jej nie oceniają. Po prostu rzucają się na ratunek, mimo że szybko na horyzoncie widać pierwsze, bardzo strome schody.

- Chciałam na każdym kroku udowodnić im, że nie są w stanie mi pomóc. Kłóciłam się z rodziną, a później wybuchałam płaczem, bo do przekonania o własnej beznadziejności dochodziła świadomość, że krzywdzę bliskich. Marzyłam o tym, by zniknąć. W ostatniej fazie człowiek myśli, że nie nadaje się absolutnie do niczego, że jest nikomu niepotrzebny. Przestałam jeść, w kółko wymiotowałam. Nie akceptowałam samej siebie, więc chciałam się zniszczyć – opisuje Kowalczyk.

Nie widać światełka w tunelu. Zanim Justyna podnosi się po jednym ciosie, otrzymuje od życia drugi, dużo mocniejszy – traci dziecko. Poronienie pogłębia stany depresyjne. Bliscy się jednak nie poddają, nie dopuszczając do siebie myśli, że tę długą walkę z chorobą można przegrać. Brat wysyła każdego ranka mms-a z osiołkiem, przekazując żartobliwie siostrze, że jest strasznie uparta. Kupuje też szczeniaka – od tej pory Justyna będzie wychodzić z domu nawet jeśli nie ma na to ochoty, bo przecież trzeba wyprowadzić Mańka.

- W najtrudniejszym momencie wszyscy zjechali do mojego domu, nie pozwalając mi na samotność. Jeśli chciałam rozmawiać, rozmawialiśmy, a gdy chciałam milczeć, milczeliśmy. Po prostu byli. Pomyślałam w końcu, że skoro tak o mnie walczą, może faktycznie jestem coś warta. Zaczęłam wychodzić na prostą – wspomina Justyna.


Znajduje w Warszawie świetną terapeutkę. Pierwsze sesje to niekończące się wybuchy płaczu, ale rozmowy przynoszą efekt, bo pacjentka uczy się szacunku do samej siebie. A po kilkunastu spotkaniach specjalistka mówi do niej:

- Spójrz na kosz. Jest w nim tylko jedna chusteczka.

Choć terapeutka odegrała w procesie leczenia wielką rolę, pytana o to, kto pomógł jej wyjść z depresji, Justyna już zawsze na pierwszym miejscu będzie wymieniać rodzinę i przyjaciółkę. Dla kibiców Kowalczyk to sportowa legenda i multimedalistka olimpijska. Dla nich – Tysia, która kochała nadziewane naleśniki i kolekcjonowała mapy. Wiedziała, że zawsze może na nich polegać. Gdy liczyła zdobyte medale, ale też znacznie wcześniej, np. w czasach liceum, gdy liczyła w portfelu drobne, których brakowało na bilet autobusowy do domu. W decydującym momencie, kiedy znalazła się na ostrym zakręcie, nie zawiedli.

- W końcu dzięki bliskim zaczęłam doceniać każdą najmniejszą rzecz. Poczułam, że znów chcę żyć.
Rysy na pomnikach

Lista znanych zawodników, którzy w ostatniej dekadzie opowiedzieli o swojej depresji jest na tyle długa, że nikt już nie ma wątpliwości co do istnienia problemu w środowisku sportowym. Każdy głos, jak kamień spadający ze szczytu, wywoływał lawinę pytań i komentarzy.

Michael Phelps: Przed pierwszą wizytą u specjalisty cały trzęsłem się z nerwów. Nie jadłem, nie spałem, nie chciałem żyć. Cieszę się, że nie popełniłem samobójstwa.

Lindsey Vonn: Musiałam to wszystko z siebie wyrzucić. Był taki czas, kiedy nie potrafiłam podnieść się z łóżka. Czułam się fatalnie, byłam pusta jak zombie.

Gianluigi Buffon: Nie odczuwałem radości ani w życiu codziennym, ani na boisku. Czasem moje nogi trzęsły się bez powodu. Przestałem rozmawiać z ludźmi. Nigdy nie zrozumiałem do końca, dlaczego to spotkało właśnie mnie.

Serena Williams: Czułam się nieszczęśliwa. Po drugiej operacji stopy wpadłam w głęboką depresję. Cały czas płakałam, byłam jednym wielkim cierpieniem…

Kolejne przykłady można mnożyć. Andre Agassi, Matt Andersson, Sebastian Deisler, Ronnie O’Sullivan, Kevin Love… Jako sportowcy z pierwszych stron gazet byli postrzegani jako ci, którzy na półkach mają bardzo dużo pucharów, zaś na koncie jeszcze więcej pieniędzy. A jedyne, czego nie mają, to problemy. Przez dłuższy czas tylko ich najbliżsi wiedzieli, przez co przechodzili. W końcu sami postanowili powiedzieć publicznie, że na budowanym latami pomniku, na pierwszy rzut oka idealnie gładkim, są spore rysy i pęknięcia.

- Żyjemy na świeczniku, wszyscy nas znają, jesteśmy uważani za herosów. Dla zwykłych ludzi niepojęte jest, że ten bohater, zazwyczaj uśmiechnięty przed kamerami, może mieć poważny problem. Na co dzień spotykamy się z ogromną presją. Ludzie śledzą każdy twój ruch. Gdy wejdziesz do sklepu, patrzą ci do koszyka. Takie drobne sprawy w trudnym momencie mogą dobić – mówi Justyna Kowalczyk.

Ona odkryła karty w czerwcu 2014 w rozmowie z Pawłem Wilkowiczem. – Poczułam, że nie mogę już wytrzymać. Myślisz wtedy: czemu nie opowiedzieć o swoim problemie? Jeśli jesteś na takim etapie, jest ci już wszystko jedno – tłumaczy.

Cztery lata po głośnym wywiadzie Justyna powie mi, że tamta rozmowa uratowała jej życie.
Nie miałam już siły udawać

Centrum Bydgoszczy, deszczowe popołudnie. Magda, dwukrotna medalistka olimpijska w wioślarstwie, pozuje przed obiektywem, co chwilę wybuchając śmiechem. Jak sama o sobie mówi, jest wesołą pesymistką. Pewna siebie, energiczna, przebojowa. Z szerokim uśmiechem spełnia prośby fotografa, nie zważając na spadające krople. Na pierwszy rzut oka nikt nie powiedziałby, że ciemne chmury i deszcz to coś, do czego zdążyła się już w życiu przyzwyczaić.

- Pierwsze symptomy depresji pojawiły się 1,5 roku przed igrzyskami. Miałam dość, coraz częściej myślałam o rzuceniu sportu. Gdy doznałam kontuzji, problem wrócił ze zdwojoną siłą. Świat mi się zawalił. Poddałam się, uznając, że organizm po prostu nie wytrzymał obciążeń i byłam przekonana, że to koniec. Później nic nie sprawiało mi radości, nawet medal olimpijski. Pomyślałam: "to żaden sukces, po prostu zrobiłam swoje".

Utarło się w rodzinie, że jestem twarda babka, zawsze uśmiechnięta i roześmiana. Nie było to łatwe, ale czułam, że muszę wytłumaczyć bliskim, co się dzieje, bo przecież widzieli moje dziwne zachowanie. Cały czas chodziłam ponura, nie chciałam się z nikim widywać. Godzinami bezczynnie leżałam na łóżku. Podczas spotkań z dziećmi w szkole nie potrafiłam spojrzeć im w oczy, więc patrzyłam w podłogę.

Najgorsze jest w tym wszystkim właśnie udawanie, że wszystko jest OK. Człowiek zakłada maskę. Wychodziłam przed kamerę i z uśmiechem udzielałam wywiadu, a chwilę później zakładałam ciemne okulary, bo z oczu momentalnie płynęły łzy. To było dla mnie coś strasznego. Osoba, której wioślarstwo wypełniało całe życie, znienawidziła ten sport. Cały czas pojawiało się pytanie: po co to wszystko? Zaczęłam nałogowo czytać kryminały. Tess Gerritsen, Jo Nesbo... Uciekałam w książki, żeby zapomnieć o normalnym świecie.

Na początku w stanach depresyjnych nie czułam nic. Później pojawiła się niechęć do samej siebie, która przybierała na sile. Nie mogłam sobie wybaczyć, że doprowadziłam się do czegoś takiego. Obwiniałam też ludzi, którzy mnie otaczali. Mąż pomagał, jak mógł, dla niego moja choroba też była niezwykle trudnym doświadczeniem. Zobaczył we mnie inną osobę. Wcześniej znał kobietę z charakterem, która ze wszystkim daje sobie radę, ale tym razem się poddałam. Widziałam jego bezradność i nie mogłam znieść tego widoku. Przestało nam się układać w małżeństwie, bo mój czarny humor przenosił się na Michała.


Całe życie musiałam coś komuś udowadniać. Zawsze było coś nie tak. "Magda tupie nogą", "Magda ma złą technikę", "Magda niepotrzebnie się odzywa". Ludzie mnie nie akceptowali. Wiem, że nie jestem ideałem i jak ktoś nadepnie mi na odcisk, to nie ma przebacz. Może dlatego tak często ktoś próbował przypominać mi, że mam swoje wady. Dochodziła presja wyniku i w końcu nie wytrzymałam.

Uważam, że nadal choruję na depresję. Przyszłość wzbudza we mnie obsesyjny lęk, nie jestem pewna, czy odnajdę się w życiu po karierze, a jako że jestem w ciąży, do zestawu złych myśli doszła obawa o to, czy będę dobrą mamą.

Nie wiem, co ze mną będzie, ale wiem jedno: swojego powrotu do wioślarstwa nie potrafię sobie wyobrazić. Obraziłam się trochę na wyczynowy sport. Gdy jesteś im potrzebny, wyciskają cię jak cytrynę.

A później człowiek zostaje sam.
Życie pod kloszem

Dlaczego zawodnicy walczący z powodzeniem z utytułowanymi przeciwnikami nagle przestają sobie radzić z własnymi myślami? Doktor Piotr Wierzbiński, członek Międzynarodowego Towarzystwa Psychiatrii Sportowej, zwraca uwagę, że sportowcy narażeni są na czynniki, które mogą wywołać lub pogłębić depresję.

- Wyczynowy sport z perspektywy widza jest fascynujący, ale z perspektywy zawodnika to przede wszystkim bardzo duże obciążenie fizyczne i psychiczne. Na początku sportowcowi uprawianie danej dyscypliny sprawia frajdę, później podejście się zmienia, bo od wyników uzależnione jest jego życie pozasportowe. Zawodnicy poświęcają wszystko, czasem osiągają sukcesy kosztem relacji z najbliższymi, ponieważ nigdy nie ma ich w domu. Kibice nie patrzą na przykład na to, że skoczkowie nie mają normalnego Sylwestra, bo 1 stycznia rozgrywany jest konkurs. To prozaiczna sprawa, ale tego typu rzeczy się nawarstwiają – analizuje specjalista.

Wierzbiński podkreśla, że objawy, o których mówiły Justyna Kowalczyk i Magdalena Fularczyk-Kozłowska, są typowe dla depresji. Wymienia obniżenie nastroju trwające powyżej dwóch tygodni, bezsenność, ciągłe zmęczenie, trudności z koncentracją czy brak odczuwania przyjemności z tego, co się robi.

Marzyłam o tym, by zniknąć. W ostatniej fazie człowiek myśli, że nie nadaje się absolutnie do niczego, że jest nikomu niepotrzebny.
Justyna Kowalczyk

- Często występuje też zwiększona drażliwość i spadek zaangażowania w czasie zajęć oraz unikanie rywalizacji. Pojawia się lęk. Te dolegliwości mogą znacząco wpłynąć na zdolność do prawidłowego funkcjonowania, tym bardziej w sytuacji, gdy wyczynowo uprawia się sport – dodaje psycholog Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Marcin Kwiatkowski.

Magda zwraca uwagę na inną ważną rzecz: izolację sportowców. Szczególnie bolesne są rozłąki z najbliższymi. - Wyczynowiec żyje pod kloszem. Ma wszystko podane na tacy, jego dzień jest dokładnie zaplanowany od wczesnych godzin do późnego wieczora. Podają ci posiłek, sprzątają pokój. Przychodzisz na gotowe, ty masz tylko wykazywać się na treningu. Nie jest to jednak łatwe i przyjemne życie. Nie ma nas w domu, nie widzimy swoich rodzin, trochę tracimy kontakt z rzeczywistością. Najgorsza jest w tym wszystkim samotność.

Trudno jednoznacznie określić, jaki wpływ na zawodnika chorującego na depresję ma uprawiany sport, bo każdy przypadek jest inny. Ciągłe dążenie do perfekcji i zwycięstw może źle działać na psychikę, z drugiej strony otwiera drogę do sukcesu.

- Jedni znaleźli się przez sport w tarapatach, inni się tym sportem ratowali. Jeszcze inni stali się mistrzami dlatego, że mają taką, a nie inną konstrukcję psychiczną. Są wrażliwi, mają więcej kompleksów, ciągle chcą stawać się lepsi i muszą sobie udowadniać, że są coś warci. Paradoksalnie dzięki temu osiągają znakomity sportowy wynik – mówi Justyna Kowalczyk.

Ona sama w najtrudniejszym momencie swojego życia potraktowała biegi narciarskie jako koło ratunkowe, dzięki któremu utrzymała się na powierzchni. - Moim wielkim celem było dobiec do Soczi, bo kiedyś obiecałam to trenerowi. Cały dzień potrafiłam leżeć i patrzeć w sufit, a mimo to wychodziłam na trening. Stając na starcie, ja po prostu czułam, że stawiam na szali całe swoje życie. Myślałam: te zawody pokażą, czy jestem coś warta.

Medal nie był najważniejszy. Biegłam o siebie i wygrałam ten bieg.
Przełamać tabu

Wydaje się, że głośne historie sportowców chorujących na depresję uświadomiły światu, jak poważny jest problem i wywołały pozytywną reakcję. W Stanach Zjednoczonych powołano wspomniane już Międzynarodowe Towarzystwo Psychiatrii Sportowej – specjaliści z całego świata spotykają się regularnie na konferencjach, by rozmawiać o problemie depresji w sporcie i wypracowywać nowe rozwiązania. W Niemczech działa fundacja im. Roberta Enke, pomagająca chorym na depresję zawodnikom.

Zdaniem doktora Piotra Wierzbińskiego polskie środowisko sportowe też zaczyna powoli dostrzegać wagę problemu. Wykonaliśmy jednak dopiero pierwsze kroki na długiej i krętej drodze. - Kilka związków sportowych widzi potrzebę działania, ale to wciąż niewystarczające. Przed nami sporo pracy. W wielu związkach działacze na pytanie o psychiatrę odpowiedzą zapewne: "u mnie wszystko jest w porządku, u mnie nie ma wariatów". A zupełnie nie w tym rzecz.

Ze śmietnika podium już nie widać
Kiedyś byli na szczycie, dziś żyją w zapomnieniu i biedzie

Wierzbińskiemu wtóruje Magdalena Fularczyk-Kozłowska. - Polskie środowisko sportowe nie jest jeszcze gotowe, by stawić czoła problemowi. Jest on bagatelizowany, a w niektórych przypadkach kluby czy związki wręcz wyśmiewają zawodników, którzy proszą o pomoc. Jeśli sportowiec zgłasza taki problem, od razu uznaje się, że nie nadaje się do wyczynowego sportu. Nic dziwnego, że później ktoś boi się przyznać do choroby. Trenerzy i działacze starszej daty kompletnie nie rozumieją zagadnienia – zaznacza wioślarka.

Trudno jednak krytykować za brak zrozumienia jedynie trenerów czy działaczy sportowych, skoro problem dotyczy całego społeczeństwa. Depresja, nazywana przecież chorobą cywilizacyjną XXI wieku, to w Polsce wciąż temat tabu.

Justyna Kowalczyk: Tylko niewielka część społeczeństwa widzi w depresji chorobę. Większość ocenia to jako fanaberię i sytuacja prędko się nie zmieni. Świadomość społeczna rośnie, ale wciąż uznaje się depresję za powód do wstydu.

Doktor Piotr Wierzbiński: Świadomość faktycznie jest bardzo mała. Chorzy słyszą: "weź się w garść", "wymyślasz chorobę". Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak poważny jest problem. W efekcie chory czuje się niezrozumiany.

O prawdziwości powyższych słów na własnej skórze przekonał się Krzysztof "Diablo" Włodarczyk. Wołał o pomoc, jednak wciąż tylko poklepywano go po plecach. Gdy pukał do drzwi tych, których uważał za przyjaciół, zapraszali go do środka, ale przy stole częstowali papką.

"Jakoś to będzie Krzysiek, dasz sobie radę".

W końcu zdecydował się na krzyk rozpaczy, który usłyszał każdy.
Sygnał z góry

To nigdy nie jest efekt chwili – myśli o tym chodzą ci po głowie od dłuższego czasu, aż w końcu to robisz, bo nie widzisz innej drogi. Bierzesz trzydzieści tabletek, a potem, jakby nigdy nic, wracasz do przyjaciół. Widzisz ich twarze, kiedy ciało, którego już wtedy nie kontrolujesz, zaczyna bezwładnie spadać.

Ciemność.

Koniec? Jeśli koniec, to dlaczego otworzyłeś oczy? Leżysz na szpitalnym łóżku związany pasami ("jeszcze znowu sobie coś zrobi"). Kilka białych fartuchów próbuje przekonać cię, że lepiej ci będzie w zakładzie psychiatrycznym w Tworkach. Tracisz nad sobą kontrolę, bo przecież jesteś normalnym facetem. Wyzywasz ich wszystkich, uderzasz głową lekarkę. Pasy wpijają się w skórę, ale i tak najbardziej boli myśl, że nic się nie zmieniło. Może jednak nikt nie usłyszał, jak krzyczałeś o pomoc, połykając kolejne tabletki?

A później (dużo później) siedzisz naprzeciwko dziennikarza i wiesz, że zaraz padnie to pytanie. Łyk kawy, kilka sekund ciszy. 3…2…1…

"Dlaczego chciał się pan wtedy zabić, panie Krzysztofie?".

Bierzesz głęboki oddech. I tak od tego nie uciekniesz...

***

Stany depresyjne i próbę samobójczą poprzedziło załamanie się relacji z najbliższymi. Żona chciała wyrzucić mnie z domu po tym, jak dowiedziała się, że mam dziecko z inną kobietą. Popełniłem wiele błędów i nie byłem w stanie tego udźwignąć. Brnąłem coraz głębiej w bagno, aż w końcu zacząłem tonąć. Myślałem o tym, żeby zwyczajnie strzelić sobie w łeb.

Chęć odebrania sobie życia wzięła się z tego, że nie radziłem sobie ze swoimi emocjami i nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na najważniejsze pytania. Czułem się osamotniony i niepotrzebny. Cały czas otaczali mnie ludzie, ale nie było takich, z którymi mógłbym szczerze porozmawiać o swoim problemie. Nie wiedziałem już, komu mogę zaufać, frustracja rosła.

Skąd u mnie problem z emocjami? Wychowywałem się w latach 80. To był inny świat - gonienie po podwórku od rana do nocy i twarde wychowanie. Dziś nie można dziecka dotknąć, wtedy regularnie dostawało się pasem po dupie. Jeśli nie za jakąś przewinę, to prewencyjnie – żeby dziecko czuło strach i szacunek. W domu nie rozmawiało się o emocjach. Nikt nigdy nie pytał mnie o to, co czuję, więc zwyczajnie nie potrafiłem o tym mówić.

Niedawno tama, za którą gromadziły się przez lata emocje i uczucia, puściła. Odbyłem długą i szczerą rozmowę ze swoją mamą. Było sporo łez. Mama mnie przytuliła i powiedziała, że mnie kocha, chyba pierwszy raz w życiu.


To nie tak, że zaraz po próbie samobójczej przejrzałem na oczy, a stany depresyjne odeszły. Wręcz przeciwnie. To był krzyk rozpaczy, ale nie przyniósł efektu. Rodzice przyjechali do szpitala i tłumaczyli mi, że przecież mam dziecko. Że przecież jest dla kogo żyć. Ja sam zrozumiałem to dopiero jakiś czas później. Dobrze pamiętam tamten moment.

Jechałem na motorze z olbrzymią prędkością, nagle ciężarówka zajechała mi drogę. Pierwsza myśl – już po mnie, zero szans. Nie wiem, jakim cudem udało mi się ją ominąć. To był sygnał z góry. Gdy zsiadłem z maszyny, potrzebowałem dłuższej chwili, żeby ochłonąć. Wtedy już wiedziałem.

"Kurwa, chyba mam jeszcze coś do zrobienia na tym świecie".

Zamknąłem tamten rozdział, rozpoczynając nowe życie. Mam to za sobą. Dziś mogę się zdenerwować, pierdolnąć pięścią w stół, ale już nie dam się złamać tak jak kiedyś.

Jestem innym człowiekiem.
Zrobić pierwszy krok

Krzyśkowi, tak jak Justynie i Magdzie, pomogły rozmowy z psychiatrą. Wizyta w gabinecie to pierwszy krok na długiej drodze do zdrowia. Depresja jest o tyle trudnym przeciwnikiem, że nie ma jednego określonego sposobu na pokonanie go.

Dr Piotr Wierzbiński: Każdy przypadek jest indywidualny. Ważne, by nie bać się specjalisty. Jeśli ktoś nie chce iść od razu do psychiatry, może zgłosić się do lekarza klubowego czy lekarza pierwszego kontaktu. Postępowanie z chorym zależy od jego cech charakteru, dyscypliny sportu czy siły zaburzenia.

Według sportowców jeszcze ważniejsze od skorzystania z pomocy specjalisty jest samo uświadomienie sobie, że to, z czym mamy do czynienia jest chorobą, a nie zwykłym momentem słabości.

Magdalena Fularczyk-Kozłowska: Zawodnicy kojarzeni są z sukcesem, a przecież jesteśmy normalnymi ludźmi. My też mamy swoje problemy, też chorujemy. Na początku trzeba przyznać się przed sobą samym, że potrzebuje się pomocy.

Justyna Kowalczyk: I mówić o tym. Niekoniecznie iść od razu do mediów, ale na pewno powiedzieć najbliższym. Osoba chora nigdy nie ma pełnego obrazu sytuacji. Trzeba zdać się na tych, którzy są blisko i chcą nam pomóc.

"Diablo" Włodarczyk: Wygadaj się, wypłacz, wyżal. W końcu to "puści". A przyjaciele nie powinni odpowiadać "jakoś to będzie". Bo co to właściwie znaczy? Nic.

Justyna Kowalczyk: Bliscy nie mogą w takiej sytuacji odpuścić, nawet jeśli ciągle słyszą ostre słowa pod swoim adresem. Pomaganie osobie chorej na depresję jest jak ciągłe udowadnianie małemu dziecku, że się je kocha.

***

Walka z depresją zmieniła Justynę. Twierdzi, że złagodniała. Dziś jest skłonna do kompromisów, kiedyś nie potrafiła tego robić. Poza tym stara się nie oceniać człowieka, zanim dobrze go nie pozna. Wie już, że życie nie jest czarno-białe i że przy formułowaniu sądów trzeba zachować ostrożność, bo można kogoś skrzywdzić.

Po tym, jak udało się naprawić relacje z mamą, Krzysiek codziennie jeździ do rodziców, nadrabiają stracony czas. Cieszy się też, że choć nie mieszka ze swoim synem, regularnie się widują. Chce być dla niego nauczycielem i dopilnować, żeby nie popełnił w życiu tych samych błędów co tata. Mówi mi, że dwójka kochających rodziców to coś, czego najbardziej potrzebuje jego syn.

Magda zaczyna w życiu nowy etap – przed porodem denerwuje się dużo bardziej niż przed igrzyskami. Ale obok nerwów jest też ogromna radość, bo przecież pierwszy uśmiech dziecka jest cenniejszy niż jakikolwiek medal. Gdy córeczka podrośnie, powie jej, żeby we wszechobecnym pędzie za karierą i pieniędzmi nie zapominała o bliskich.

I żeby zawsze mówiła, co czuje i myśli. Nawet jeśli znajdą się tacy, którym się to nie spodoba.
Źródło

Ten świat jest rządzony przez miłość.
Ludzką miłość do pieniędzy.
dom wśród pól
Administrator wyłączył możliwość publicznego pisania postów.

Depresja 2018/05/21 20:28 #2

  • Ebi1988
  • Ebi1988 Avatar
  • Wylogowany
  • Nowicjusz
  • Posty: 15
  • Otrzymane podziękowania: 27
Bardzo dobry artykuł a takich przypadków w świecie sportu jest dużo więcej. Ja akurat bardzo lubię piłkę nożna i tutaj np niemiecki bramkarz Robert Enke- tragiczna historia a jako przykład odwagi która popłaca to nasz bramkarz Łukasz Fabiański który będąc jeszcze w Arsenalu sam poprosił o psychologa i teraz jest tu gdzie jest.
Administrator wyłączył możliwość publicznego pisania postów.